Koszmar na Giewoncie. Turyści w ogniu, kamienie leciały na ludzi

23.08.2019  21:11
Koszmar na Giewoncie. Turyści w ogniu, kamienie leciały na ludzi
Koszmar na Giewoncie. Turyści w ogniu, kamienie leciały na ludzi Fot: Pawel Murzyn/East News

W czwartek po południu na Giewoncie rozpętała się zabójcza burza. Doliczono się już ponad 150 osób potrzebujących pomocy lekarzy. 4 Polaków zginęło.

W czwartek po południu turyści w Tatrach przeżyli prawdziwe piekło. Na szczycie Giewontu dopadła ich ogromna burza. Skutki są tragiczne.

W sumie poszkodowanych jest ponad 150 osób. 4 osoby poniosły śmierć - w tym dwoje około 10-letnich dzieci. Niestety, ofiar może być więcej - część turystów do tej pory się nie odnalazła.

Przerażające relacje

Sprawę zbada prokuratura, tymczasem świadkowie tragicznych wydarzeń relacjonują koszmar na szczycie. 

Zobaczyłem lecące kamienie, myślałem, że to lawina leci. Dostałem jednym z tych kamieni

- opowiada w rozmowie z TVN24 turysta - Robert Wójcik.

Inny świadek widział śmierć jednej z ofiar.

Widziałem osoby, które spadły na dół, między innymi panią, która szła przed moją żoną i ta pani nie żyje. To było młode małżeństwo, które szło przed nami - mówi.

Popalone ubrania, poparzone ciała

Jeden ze świadków i jednocześnie ofiara tragedii w Tatrach, mówi o obrażeniach.

Żona osunęła się niżej, ma połamaną miednicę, rozcięcie głowy. Ze mną źle nie było, mam oparzenie stopy. To było, jakby człowieka coś przypalało - wyznaje.

Inny mężczyzna wspomina moment uderzenia pioruna i zachowanie turystów.

Byliśmy już prawie na górze. Pomagałem pani schodzić z łańcuchów. Gdy uderzyły pioruny nie trzymałem się łańcucha. Upadłem na ziemię i nie mogłem się ruszyć przez 2,3 minuty. Podniosłem się. Ludzie krzyczeli, żeby schodzić. Pomagali sobie jeden drugiemu. Mam poparzoną nogę

- opowiada "Tygodnikowi Podhalańskiemu".

Przerażająca relację zdała serwisowi wprost.pl jedna z turystek.

Huk ogłuszył mnie strasznie, niedosłyszę na jedno ucho. Pamiętam mnóstwo rannych, niektórzy nadzy z popalonymi ubraniami, jedna pani wyglądała jak w agonii, krzyki, piski - opowiada.

Inna turystka opowiada "Tygodnikowi Podhalańskiemu" o swoich doświadczeniach:

Zauważyłam rannych leżących na ziemi, poniżej niej był mężczyzna z otwartym złamaniem kończyny, z góry leciały na nich kamienie i fragmenty skał. 20-letni na oko chłopak pomagał poszkodowanym - relacjonuje.

Kto zawinił?

Prokuratura sprawdzi teraz, czy tragedii można było zapobiec i czy ktokolwiek zawinił obrażeniom turystów i śmierci czwórki z nich. Tymczasem niektórzy już wyrokują - osoby, które poszły na szczyt, są same sobie winne.

Grzmiało dużo wcześniej, od około godziny 11:00. Pochmurnie było cały dzień. Zrezygnowaliśmy z wejścia będąc około 45 min od szczytu. Burza była około 5 km od nas (licząc 1 sekunda – 1 kilometr). Mijaliśmy parę z niemowlakiem, kilka innych par i rodzin z dziećmi, którzy zdecydowali się iść dalej. Nikt nie pomyślał, że dotarcie na szczyt to połowa sukcesu, że jeszcze potrzebują czasu, aby zejść

- opowiada turysta, pan Krzysztof.

Również ratownicy TOPR przyznają, że burza nie pojawiła się znikąd - było słychać i widać ją już dużo wcześniej.

Przeczytaj więcej
Komentarze