Oceń
Skandal w USA. Dzikie mustangi to konie chronione. Jak jednak ujawnia New York Times, amerykańska agencja rządowa, która miała o nie dbać, za grosze sprzedaje je na rzeź. Znaleziono lukę w prawie, by tysiące zwierząt przerabiać na mięso.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co się dzieje z mustangami w USA?
- Jak omijają przepisy, by zabijać chronione konie?
- Dlaczego sprzedają dzikie konie na rzeź?
- Kto zarabia na zabijaniu dzikich mustangów?
USA. Rząd sprzedaje mustangi na rzeź
Mustangi w USA to dzikie konie będące pod ścisłą ochroną. Opiekę nad ich stadami sprawuje amerykańska agencja rządowa Bureau of Land Management Jak jednak ujawnia New York Times, rządowa agencja wykorzystuje luki w prawie i "legalnie" eliminuje dzikie konie. Tysiącami trafiają do rzeźni. Koszt wyłapania i dostarczenia jednego mustanga wynosi około 3 tysięcy dolarów. W rzeźni koń może osiągnąć cenę nawet 750 dolarów. Tymczasem rząd ma sprzedawać je w cenie 25 dolarów za sztukę.
Dzikie mustangi nie mogą być zabijane. Jak więc trafiają na ubój? Rząd USA może regulować liczebność stad (metody to np. środki antykoncepcyjne, prywatne programy adopcyjne), by nie zabrakło im pożywienia. W ten sposób omijane są restrykcyjne przepisy, a tysiące koni zagania są do zagród z użyciem helikopterów.
Chronione konie na mięso
Po złapaniu mustangi wywożone są „po cichu” ciężarówkami do miejsc, gdzie za grosze odkupują je handlarze bydłem. Następnie „ślad po mustangach znika”. Amerykańskie media ujawniły, że zwierzęta są transportowane między innymi do Kanady z przeznaczeniem na rzeź. Mięso mustangów ma być eksportowane na zagraniczne rynki.
Sprzedaż dzikich mustangów przez rząd kiedyś była rzadkością. Jednak po zmianie władzy w 2025 roku wzrosła do nawet 3700 koni rocznie- informuje The Philadelphia Inquirer.
Agencja Bureau of Land Management nie odniosła się na zarzutu sprzedawania mustangów na rzeź. Zapewnia jednak, że „dba o dzikie konie i znajduje im dobre domy”. Podaje, że od 1991 roku znalazła domy dla 290 tysięcy dzikich koni.
Źródło: The New York Times, The Philadelphia Inquirer
Oceń artykuł
